piątek, 16 listopada 2012

"Zatoka delfinów"

Odechciało mi się jakiejkolwiek Japonii. Nie chcę czuć zapachu kraju kwitnącej wiśni, jest zbyt wiele innych miejsc na liście życzeń, które póki co wyprzedzają go o wiele mil.

Niemców nie lubimy za przeszłość, perfekcyjność i ich silną, pewną siebie mentalność. Czesi wydają nam się śmieszni i raczej bezkonfliktowi, Włosi i południowcy są głośni i leniwi, Rosjanie ładni, bezpośredni i często uporczywi. Z Austriakami kojarzą nam się w zasadzie tylko góry, z Japończykami dokładność, zasady, których się nie łamie, trzymanie się kodeksu i reguł, tworzenie tablicy tego, czego nie można dużo częściej, niż praw upraszczających życie tam żyjącym. Oczywiście w wielkim uproszczeniu nota stereotypowa.

Nowy - dla nas - film uświadomił nam dziś, jakie piekło odbywa się w Japonii, a którego mało kto jest świadomy. Jak mało jeszcze się wie, jak mało się czyta i ogląda, jak bardzo jest się nieświadomym tego, co nas otacza. Konsumpcyjne bydło, które w większości robi tak, żeby po prostu było wygodnie. Ubrać się i być szczęśliwym, zjeść i być szczęśliwym, pomalować się i być szczęśliwym. Ale analiza tego, skąd mamy nasze dobra, jak wygląda cała produkcja tego, co trzymamy w rękach czy co smakujemy, mało nas interesuje. Bo czemu. Mi jest dobrze tak jak jest, a sam całego świata nie naprawię. No tak, bo Ci, których nazwiska pamiętamy, zasłużeni, których wspominamy, działali w jebitnych grupach paromilionowych głów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz