Po dobie w Krakowie. Zadowoleni, szczęśliwi, naładowani pozytywną energią.
A zdarzyło się:
- gala na bogato w loży, gdzie klaskać mogłam ks. Stryczkowi, Hołkowi i wielu tym, którzy sukces osiągnęli i dodatkowo dostali wino - jedno z tylko 1620 butelek z Zielonej Góry na rynek wylanych;
- hostel, który małżonka zamówiła z przekonaniem, że to ten sam, w którym pięknie wypoczywali przed sześcioma laty, tym samym w efekcie nie był. Bez łazienki lokal, którego wprawdzie jedynym (acz ogromnym!) atutem było 5 minut piechotą na rynek;
- spacery, pyszne jedzenie, wejście w świat bogaczy zamawiając za cenę obiadu coś, co obiadem być miało, a w efekcie okazało się drogą, bardzo, zakąską (choć pyszną, przyznamy zgodnie);
- ale co ważne, nawet najważniejsze - odwiedzenie fantastycznej wystawy poświęconej Wisławie Szymborskiej! Blisko dwie godziny zwiedzania "Szuflady", którą polecimy każdemu. Czasu ku temu masa, bo wystawa otwarta aż do końca przyszłego roku.
Doba, a ile wewnętrznych doznań. Choć jestem typowym domownikiem, bo im dłużej mnie nie było poza domem, tym więcej myślałam o Gienusiu, który pod najlepszą opieką przyjaciół miał krótkie wakacje, to mimo to, kawałek serca został z nim.
Kończąc słowami p. Szymborskiej:
- Lubi Pani podróże?
- Nie.
- Nie?
- Nie. Ja lubię wracać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz